„To ona pozwala mi odczuwać i dostrzegać coś więcej", mówi aktorka i scenarzystka Magdalena Nieć. Opowiada nam o swoim nowym filmie „Czarny młyn", ogromnej potrzebie tworzenia oraz dystansie do samej siebie, a także dlaczego zgodziła się zostać ambasadorką marki Lazartigue w Polsce.
Na początku chciałbym ci pogratulować nagrody za najlepszy scenariusz dla filmu „Czarny młyn" na Moskiewskim Międzynarodowym Festiwalu Filmów dla Dzieci. Wygląda na to, że powtórzy on sukces „Za niebieskimi drzwiami". Jak myślisz na czym polega międzynarodowy fenomen tych filmów?
Bardzo dziękuję! Również w imieniu Kasi Gacek z którą wspólnie napisałyśmy ten scenariusz. Myślę, że poruszamy w tych filmach ważkie i czasami trudne tematy, które są bliskie każdemu człowiekowi, a dzięki temu, że posługujemy się uniwersalnym językiem emocji, w pewnym sensie, mamy ułatwione zadanie. Wspólnym mianownikiem obu tych filmów jest zderzenie dwóch światów: tego rzeczywistego, ze światem naszych ukrytych lęków. W pewnym sensie te lęki oswajamy i ułatwiamy ich przeżywanie na bezpiecznym gruncie, czyli w kinie. Uczymy dziecko, że jest to emocja taka jak inne — ani dobra, ani zła, ale na pewno bardzo w życiu potrzebna. Bo przecież jeśli dziecku nie pozwalamy się bać, to istnieje ryzyko, że nie nauczy się ono rozpoznawać i nazywać tej emocji, która ostrzega nas o potencjalnym zagrożeniu. Film „Za niebieskimi drzwiami" opowiada tak naprawdę o samotności, bo śpiączkę, która jest jego przewodnim motywem, można przecież potraktować metaforycznie jako pewnego rodzaju poczucie izolacji, czy odcięcia. To poważne tematy, ale przekonałam się, że dzieci i młodzież wcale przed nimi nie uciekają. To raczej my dorośli, mamy tendencję do chowania dzieciaków pod kloszem i unikania rozmów na te tematy. Przez to młodzi ludzie wkraczają w ten świat kompletnie nieprzygotowani i zdani tylko na siebie. Nie oszukujmy się, nie ochronimy ich przed tym co niesie życie. Możemy mieć tylko nadzieję, że miłość, którą daliśmy dziecku da mu siłę do walki o siebie i o to co uzna za słuszne. W "Czarnym młynie" bardzo ważna jest wiara w ludzi i w to, że jak się bardzo chce, to wspólnie można przełamać apatię i bierność i zmienić ponurą rzeczywistość dookoła siebie. Na lepsze.
Kluczową postacią w „Czarnym młynie" jest Mela, która zmaga się z niepełnosprawnością. To obok wiary w ludzkie możliwości, jeden z wiodących tematów tego filmu.
Tak naprawdę pomysł na „Czarny młyn” narodził się po premierze „Za niebieskimi drzwiami". Dużo wtedy jeździłam po Polsce i muszę przyznać, że największa ilość zaproszeń na spotkania z młodymi widzami przychodziła ze szkół integracyjnych. Zauważyłam wtedy, że dzieci zdrowe zazwyczaj pytały nas o rzeczy techniczne związane z kręceniem filmów, a dzieci z niepełnosprawnościami, bardziej doświadczone przez życie, odczytywały „Za niebieskimi drzwiami" absolutnie na poziomie emocji i potrafiły nazywać rzeczy po imieniu. Stąd w „Czarnym Młynie" pojawiają się kwestie tolerancji oraz potrzeby integracji. Kiedy trzy lata temu pisałyśmy z Kasią Gacek scenariusz do filmu, w Sejmie trwał strajk rodziców dzieci z niepełnosprawnościami. Jak potem jeździłam po szkołach integracyjnych i rozmawiałam z tymi dziećmi, to pomyślałam, że jako człowiek i jako twórca muszę im poświęcić więcej uwagi, bo przecież inny nie znaczy gorszy. W przedmiocie uczuć nic nas nie dzieli, a łączy taka sama potrzeba miłości, bliskości, akceptacji. O tym trzeba mówić głośno!
Zajęłabyś się twórczością dla dzieci gdybyś sama nie została mamą?
Czasami tak jest, że rodzice kochają tylko własne dzieci, a u mnie to było inaczej, bo jak tylko urodziłam syna, to dostrzegłam wszystkie inne maluchy. „Za niebieskimi drzwiami" jest filmem o macierzyńskiej miłości, bo mój syn był wtedy dużo młodszy, a „Czarny młyn" pisałam z myślą o nastolatkach. Myślę, że moje filmy dojrzewają razem z moim synem, a scenariusze, które piszę są jakby przeniesionym dialogiem nie tylko z nim, ale także z innymi dziećmi. Poza tym nie ma wątpliwości, że syn jest moim pierwszym recenzentem i odbiorcą tego co piszę. Dzięki niemu unikam też czasem wpadek. Ostatnio w jednym z dialogów napisałam „Jedzie mi tu czołg?" i jak zobaczyłam minę syna, to zrozumiałam, że w dzisiejszych czasach jest to zupełnie nieczytelne.
Skąd w twoim życiu pomysł na pisanie scenariuszy? Nie chciałaś już grać na scenie?
Ale ja wciąż i przede wszystkim jestem aktorką. Tylko jest we mnie naturalna, ogromna potrzeba tworzenia, a w zawodzie aktora jest tak, że momentami masz dużo propozycji, a czasami są przestoje, które zaczęły mnie nużyć. Poza tym czasami w tym czekaniu na rolę rodzi się coś niedobrego, jakaś pretensja do siebie i świata, zgorzknienie, żal. A ja chciałam tego uniknąć za wszelką cenę. Pamiętam, że w pewnym momencie strasznie dużo grałam w teatrze i byłam zmęczona tym nieustannym przechodzeniem z prób w kolejne próby. I kiedy zaczęłam pracować przed kamerą zaciekawił mnie ten sposób na skrócenia dystansu do widza i poczułam, że choć przez chwilę nie chcę myśleć, czy mój głos na pewno dociera do drugiego balkonu. A potem oczywiście zamarzyłam, żeby stanąć po drugiej stronie kamery. Tak się złożyło, że mniej więcej w tym czasie dostałam scenariusz do poprawki i efekt był tego taki, że zaprosili mnie do pierwszego projektu w roli scenarzysty. Nigdy nie stałam się scenarzystą tylko na wynajem i nie chciałam pisać odcinków seriali. Poza tym oprócz pisania scenariuszy jestem jedynym chyba w Polsce reżyserem dzieci i po trzech fabułach, gdzie byłam drugim reżyserem, w tym roku debiutuję w roli współreżysera z Mariuszem Palejem. To dla mnie bardzo ważny, kolejny etap mojej kariery filmowca, zwłaszcza, że nie jestem z wykształcenia reżyserem i wszystkiego uczyłam się sama. Najpierw były deski teatru, potem praca przed kamerą, wreszcie pisanie scenariuszy i reżyseria.
Sprawiasz wrażenie bardzo delikatnej, jak sobie radzisz na planie filmowym?
Jestem zodiakalnymi Rybami i prywatnie taka jestem, ale w pracy przede wszystkim staram się być profesjonalna. Jak w teatrze grałam Katarzynę w „Poskromieniu złośnicy" to się darłam i miotałam po scenie, a na planie filmowym zawsze jestem przygotowana, decyzyjna i na pewno wiem czego chcę. Ta praca wymaga siły psychicznej i fizycznej, ale myślę, że paradoksalnie najbardziej pomaga mi moja wrażliwość, bo to przede wszystkim ona ułatwia komunikację z drugim człowiekiem. Bez swojej wrażliwości nie mogłabym pisać, grać ani reżyserować. Kreacja artystyczna wymaga zdjęcia pancerza, bo musisz czuć więcej. Wrażliwość jest moją siłą, a nie wymówką do użalania się nad sobą. To ona pozwala mi odczuwać i dostrzegać coś więcej. Z drugiej staram się tak dopracowywać swoje projekty, żeby uniknąć krytyki, która za każdym razem mocno mnie dotyka. Inna sprawa, że potrafię sama dla siebie być największym krytykiem i to jest najgorsze.
Potrafisz się cieszyć własnym sukcesem?
Tak, nawet bardzo, ale nie poświęcam mu za wiele uwagi. Nie robię sobie prezentów z okazji kolejnej nagrody, za to od razu mam ochotę siąść do pisania kolejnego scenariusza. Nie noszę półki z nagrodami ze sobą. Mam ją w domu i wisi przy moim otwartym komputerze. Estée Lauder powiedziała: „Nie marzyłam o sukcesie. Ja pracowałam na niego". Ja pracuję i na razie nie planuję przestać. Jestem w procesie.
Nigdy nie bywasz próżna?
Aktor musi być próżny i pewnie wynika to z potrzeby akceptacji. Chcemy wychodzić na scenę i grać przed publicznością, a na koniec zbierać oklaski, bo to nieprawdopodobne uczucie! A skoro już mówimy o próżności i urodzie, to jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje i to co, i komu się podoba jest rzeczą względną. Nigdy nie przywiązywałam do swojej urody zbyt dużej wagi, może dlatego, że pochodzę z domu w którym bycie ładną, to było za mało. Tak się moje życie potoczyło, że debiutowałam w Tearze Polskim w Bielsku-Białej. Pamiętam jak Marek Gaj, ówczesny dyrektor teatru, po jednej z prób powiedział mi "Madzia! Mamy już taką zdolną, jeszcze jakaś ładna by się nam przydała!" Do dzisiaj mnie to śmieszy, ale jednocześnie myślę sobie, że jak usłyszysz coś takiego mając 25 lat, to będziesz mieć dystans do siebie przez kolejne 25. Ostatnio zauważyłam, że im jestem starsza, tym częściej słyszę, że jestem ładna. Ale to chyba dlatego, że dopiero teraz zaczęłam zwracać uwagę na komplementy.
Nie boisz się starości?
Oczywiście, że zauważam upływ czasu, ale nie mogę powiedzieć, że się go boję, bo to byłoby głupie. Prędzej czy później wszystkich nas to czeka, a histeryczne próby walki z upływającym czasem zazwyczaj wyglądają dość groteskowo. Ja nie walczę, tylko dbam o siebie regularnie i pielęgnuję to co dostałam w spadku po rodzicach. Nigdy się nie opalałam i od zawsze dbam o dobre nawilżanie skóry. Skoro mówimy o urodzie, to nie zapominajmy o kondycji naszych włosów, bo moim zdaniem powinniśmy o nie dbać tak samo jak o cerę. Zdrowe, lśniące i zadbane, są co najmniej tak samo ważne i myślę, że warto im poświęcić trochę więcej uwagi, zamiast obsesyjnie skupiać się na samej twarzy i co rano liczyć na niej nowe zmarszczki.
To dlatego zgodziłaś się zostać ambasadorką marki Lazartigue?
Między innymi tak, ale muszę przyznać, że w życiu zawodowym unikam kompromisów i biorę udział wyłącznie w projektach, które są spójne z tym kim jestem. Filozofia Lazartigue jest mi na tyle bliska, że nie tylko z przyjemnością używam tych kosmetyków na co dzień, ale także z pełną odpowiedzialnością podpisuję pod każdym z produktów. W życiu bardzo ważna jest dla mnie tolerancja i szacunek i to nie tylko dla drugiego człowieka, ale wszystkiego co nas otacza, w tym także środowiska naturalnego. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach wybór naturalnych i w 100 proc. roślinnych kosmetyków, to nie tyle kaprys, co raczej obowiązek każdego z nas. Formuły kosmetyków Lazartigue są proste i zwierają tylko to co służy naszym włosom, bez zbędnych wypełniaczy i syntetycznych dodatków, w tym olejów mineralnych i silikonów, które niepotrzebnie obciążają włosy i wcale nie są obojętne dla naszego zdrowia. Poza tym nie będę ukrywać, że jestem prawdziwą estetką i uwielbiam pięknie zaprojektowane, nieprzegadane opakowania kosmetyków Lazartigue. Z tego powodu buteleczkę suchego olejku Huile des Rêves trzymam na półce z perfumami i używam z prawdziwą przyjemnością, bo pięknie pachnie, jest bardzo lekki i sprawia, że moje włosy stają się lśniące i jedwabiste w dotyku. Stosowanie kosmetyków Lazartigue to nie tylko sama przyjemność, bo większość z nich została przebadana pod kątem skuteczności działania. Tak jest w przypadku doskonałego serum Stronger, które przeciwdziała i ogranicza wypadanie włosów oraz sprawia, że stają są mocniejsze i bardziej odporne. Sama stosuję ten kosmetyk profilaktycznie, ale muszę przyznać, że poleciłam go też kilku kolegom, którzy są wyjątkowo zadowoleni i nawet widzą efekt zagęszczenia włosów!
Masz jeszcze jakiś faworytów z gamy Lazartigue?
Na pewno bardzo pozytywnie zaskoczył mnie peeling do skóry głowy, bo zazwyczaj w kontekście pielęgnacji włosów mówi się tylko o szamponach i odżywkach. A to szkoda, bo skóra też jest bardzo ważna i musi być zdrowa, bo przecież rosną w niej nasze cebulki włosowe. Na co dzień stosuję szampon Rebalance, który doskonale myje i oczyszcza włosy u nasady, ale jednocześnie zapewnia im głębokie nawilżenie i odżywienie na całej długości, aż po same końce. Dzięki temu moje włosy są w świetnej kondycji, a to dla mnie ważne, bo uważam, że włosy mogą być długie wyłącznie pod warunkiem, że są piękne! Tylko wtedy mogą być prawdziwą ozdobą kobiety.
ROZMAWIAŁ Tomek Kocewiak

fot. Photo z Tori
FEEL GOOD
/
07.06.21
Magdalena Nieć: Wrażliwość jest moją siłą
FEEL GOOD
/
07.06.21