Ambasadorzy FILLMED. Poznajmy się!
fot. materiały prasowe

TAKE CARE

/

04.12.20

Ambasadorzy FILLMED. Poznajmy się!

TAKE CARE

/

04.12.20

Ambasadorzy FILLMED. Poznajmy się!

Dr Marzena Urbańska jest ambasadorką Fillmed Laboratoires w Polsce i absolwentką Wydziału Lekarskiego na Akademii Medycznej w Łodzi. Ostoja spokoju, nawet  w najtrudniejszych przypadkach potrafi zachować zimną krew i zadbać o zdrowie oraz poczucie bezpieczeństwa swojego pacjenta. Na co dzień prawdziwy anioł w ludzkiej skórze, ale kiedy trzeba, potrafi być stanowcza i wtedy lepiej z nią nie zadzierać, bo może wybuchnąć. Pacjenci cenią ją przede wszystkim za empatię i wyrozumiałość oraz ogromną wiedzę medyczną. Prywatnie miłośniczka zwierząt, która w wolnym czasie lubi sobie czasem postrzelać (sic!).

Zawsze chciałaś zostać lekarzem?
Na początku wcale tak nie było. W liceum zastanawiałam się nad wyborem studiów i chyba potraktowałam egzaminy na medycynę na zasadach sportowych, bo przede wszystkim chciałam sprawdzić czy się dostanę. W szkole średniej byłam po prostu dość interdyscyplinarna i poza medycyną zastanawiałam się jeszcze nad stosunkami międzynarodowymi. Nie zmienia to faktu, że później w czasie studiów nie miałam już wątpliwości, że był to zdecydowanie najlepszy wybór.

Co ci się podobało najbardziej?
Na pewno od samego początku ciągnęło mnie w stronę specjalizacji zabiegowych i prawie cały staż po studiach spędziłam na chirurgii. W przeciwieństwie do swoich koleżanek z roku zamiast zajmować się pediatrią, czy pracować w laboratorium, zdecydowanie wolałam jeździć na karetce.

Chodziło o adrenalinę?
Nie tylko. Tam nauczyłam się takich podstawowych umiejętności jak zakładania wkłucia, czy pobierania krwi, bo w tamtych czasach na studiach nikt z nas tego uczył. To był dramat. Zresztą z tego stażu najlepiej zapamiętałam wspaniałego ratownika, który między innymi dał mi się kłuć do woli, aż w końcu nauczyłam się robić to prawidłowo. Tak się wciągnęłam, że w końcu spędziłam na chirurgii cały staż i dzielnie asystowałam przy zabiegach. Z czasem doświadczeni koledzy pozwalali mi zrobić coś więcej, ale najpierw kazali mi szyć koce. To siedziałam i szyłam.

Jak to?
Dokładnie na tym polegało moje zadanie i w sumie było to całkiem niezłe ćwiczenie praktyczne, a jak już się naszyłam tych kocy, to czasem mogłam zszyć jakiegoś pacjenta.

A jak to się stało, że w końcu wylądowałaś na internie?
Tak naprawdę pierwsza była medycyna estetyczna, a potem interna, bo pomyślałam, że warto się rozwijać w takiej „prawdziwej medycynie". Na pewno dzięki temu mam bardziej całościowe spojrzenie na człowieka i mogę być teraz lepszym lekarzem, ale to medycyna estetyczna jest dla mnie najważniejsza i jestem przekonana, że w tej dziedzinie wciąż wiele przede mną.

Jakie zabiegi estetyczne dają ci największą satysfakcję?
Na pewno te, które wykonuję najrzadziej, czyli rekonstrukcyjne. Dobrym przykładem był pacjent na pierwszy rzut oka niewymagający mojej interwencji, jak się okazało początkujący model, którego kariera zawodowa zależała głównie od tego jak wyglądał w kamerze. I rzeczywiście, dopiero na zdjęciu zobaczyłam wyraźną asymetrię w jego twarzy, której zupełnie nie było widać na żywo. Ponieważ wynikała ona z zaburzenia w zakresie stawu skroniowo-żuchwowego, to w pierwszym odruchu chciałam odesłać go do ortodonty, ale chłopaka czekał ważny casting i miał tylko dwa tygodnie na wysłanie swoich zdjęć. Podjęłam się tego zadania, ale muszę przyznać, że był to chyba najdłuższy zabieg jaki robiłam w życiu, bo trwał ponad 2 godziny. Finał był taki, że pacjent dostał wymarzoną pracę, a ja wielki bukiet kwiatów w podziękowaniu za udany zabieg.

Wśród innych lekarzy masz opinię osoby bardzo opanowanej i cierpliwej. Puszczają ci czasem nerwy?
Chyba rzeczywiście dość trudno wyprowadzić mnie z równowagi. Jestem astrologicznym Bykiem, a w horoskopie chińskim Bawołem i pewnie stąd moja stabilność emocjonalna. Ale wszystko do czasu, bo jak ktoś mnie naprawdę rozjuszy to potrafię wybuchnąć i potem sama się dziwię skąd we mnie tyle emocji. Nie zawsze jestem aniołem. Owszem, potrafię być cierpliwa i wyrozumiała, ale jednocześnie jestem dość asertywna i umiem stawiać granice, co zresztą chroni mnie w takim samym stopniu jak  pacjenta.

Masz jakieś sposoby, żeby wentylować emocje albo choć na chwilę przestać myśleć o pracy?
Prowadzę bardzo interesujące życie, co na pewno pozwala mi ładować baterie. Razem z mężem tworzymy świetnie zgrany team i w naszym związku to właśnie on mobilizuje mnie do działania. Wiele rzeczy robimy wspólnie — przynajmniej kilka razy w roku jeździmy na Półwysep Helski, a poza tym regularnie spędzamy czas na strzelnicy. Mało kto wie, że mam pozwolenie na broń i całkiem nieźle strzelam, a to wymaga ogromnej koncentracji i pozwala mi się zresetować oraz zapomnieć o pracy. Jednak tak naprawdę najlepiej wypoczywam we własnym domu. Mamy to szczęście, że mieszkamy z mężem i czternastoletnim synem poza miastem, w otoczeniu zieleni. To jest takie nasze miejsce na ziemi — cisza, święty spokój i zwierzęta, które uwielbiam.

Jakie?
Mamy dwa wspaniałe owczarki niemieckie — wiekową Babunię i dwuletniego Nero, a do tego zagrodę dzikich zwierząt, w której trzymamy daniele. Mieliśmy też wcześniej jelenie i dziki, a przez jakiś czas mieszkała u nas nawet osierocona wiewiórka, którą zresztą własnoręcznie wykarmiłam strzykawką.

I jak się skończyła historia małej Basi? Wróciła do lasu?
No cóż, Basia okazała się być niesfornym Stefkiem, którego wychowywaniem oststecznie zajęła się asystentka zaprzyjaźnionego weterynarza. W momencie kiedy Stefek wydoroślał, został wypuszczony na wolność i teraz pewnie gdzieś tam śmiga po lesie.

ROZMAWIAŁ Tomek Kocewiak