Iza Kuna. Bez retuszu
fot. Adam Pluciński/ MOVE

TAKE CARE

/

27.11.20

Iza Kuna. Bez retuszu

TAKE CARE

/

27.11.20

Iza Kuna. Bez retuszu

Iza, grasz w filmie i teatrze, uczysz studentów, piszesz książki. W czym realizujesz się najbardziej?
We wszystkim! Robię w życiu wszystko  na raz, co pewnie nie jest do końca dobre, no ale tak mam i już. Praca ze studentami to jest moje odkrycie ostatnich lat i  jeśli pasja może być totalna, to ta właśnie taka jest. Byłam córką nauczycielki. Pamiętam, że bardzo lubiłam obserwować moją mamę jak się przygotowuje do lekcji, jak poważnie podchodzi do tego zawodu, jakie ma osiągnięcia i jak się cieszy sukcesami uczniów. Fascynuje mnie proces przekazywania wiedzy. Kiedy coś powiem studentom i potem widzę, że oni to realizują, że to im się podoba, to serce rośnie!

Masz jakiś specyficzny, swój własny sposób pracy ze studentami?
Nie zmieniam ich. U nas wszyscy chcą na siłę zmieniać młodego aktora. Jak jesteś łysy, to każą ci zapuścić włosy, a jak przystojny i masz ładny uśmiech, to musisz zagrać brzydala. Atrakcyjna dziewczyna w szkole aktorskiej, prędzej czy później, usłyszy, że musi grać wbrew swoim warunkom. To bzdura.

Skąd takie podejście?
Bycie aktorem kojarzy się  ze zmianą,  wchodzeniem w rolę, poświęceniem. A ja lubię tak zwane „amerykańskie aktorstwo” i uważam, że młody człowiek żeby zagrać lub opowiedzieć jakąś historię o drugim człowieku musi najpierw opowiedzieć o sobie. Dlatego w swojej pracy akademickiej przede wszystkim zachęcam studentów, żeby mówili własnym głosem, nie szukali niczego na siłę i nie dali sobie wmówić rzeczy w które nie wierzą tylko dlatego, że ktoś ich tak widzi albo chce ukształtować na swoje podobieństwo. Szukam w nich prawdy.

A co z aktorstwem? Myślałem, że to twoja największa pasja w życiu.
Bardzo lubię ten zawód, ale  nigdy nie myślałam o nim w jakiś szczególny sposób, że jest wyjątkowy lub ja jestem wyjątkowa. Lubię go, czasami nawet bardzo, ale traktuję tak jak on mnie, czyli z przymrużeniem oka. Nie zmienia to faktu, że zawsze bardzo mocno przygotowuję się do nowej roli i denerwuję przed każdą premierą.

A gdybym cię zapytał kim jesteś?
Kobietą.

Czyli zawód cię nie definiuje?
Nie. Jestem kobietą, jestem mamą. Jestem fajną koleżanką. Bardzo chciałabym ze sobą przebywać i się ze sobą przyjaźnić.

A pamiętasz ten moment kiedy zdecydowałaś, że chcesz być aktorką? I ten drugi, kiedy naprawdę zakochałaś się w tym zawodzie?
Wiesz kiedy byłam zakochana w tym zawodzie? Jak byłam mała i marzyłam o byciu aktorką. Zachwycały mnie "Aniołki Charliego", zwłaszcza Farrah Fawcett i pamiętam jak biegłam ulicą Warszawską w Tomaszowie Mazowieckim i naprawdę myślałam, że nią jestem. Aktorką chciałam być zawsze, więc w jakimś  sensie byłam banalna. To była jedyna rzecz, jaką chciałam robić w życiu. Nie mogę powiedzieć, że kocham swój zawód, raczej go lubię. To bardziej flirt, niż głęboki związek. Kocham moje dzieci i Marka. 

Ćwiczyłaś w dzieciństwie przed lustrem?
Namiętnie. Śpiewałam do lustra w szafie albo występowałam przed meblościanką, w której szybach się odbijałam. Kiedy nikogo nie było w domu, brałam mikrofon ze szpulowego magnetofonu, wchodziłam na dywan i śpiewałam oraz tańczyłam w szpilkach i sukienkach mamy. Ale debiutowałam rolą Wilka w Czerwonym Kapturku, którą sobie wywalczyłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Tata mi zrobił maskę wilka, uszył pelerynę, nikt mnie nie poznał i to była najlepsza recenzja mojej roli. To były pierwsze wielkie emocje i pierwsza, ale i ostatnia walka o rolę.

A później takie emocje już się nie pojawiały gdy obsadzano cię w nowej roli?
Przeżywam  wszystko co robię, ale jak to w romansach bywa, te emocje są burzliwe, ale krótkie, więc z moimi rolami jest trochę jak z romansami, czyli miło, ale krótko. Dlatego wciąż szukam nowych emocji, rzeczy które mnie zainspirują. Lubię mieć poczucie, że wciąż się uczę i rozwijam. Bardzo lubię swój zawód i będę go uprawiać jak długo się da, ale tak naprawdę nie mam charakteru aktorki i chyba powinnam zostać prawnikiem. Jestem zadaniowa, a poza tym naoglądałam się amerykańskich filmów z płomiennymi przemowami adwokatów i czuję, że byłabym w tym świetna, o ile wcześniej nie obraziłabym nikogo na sali sądowej. Teraz myślę o psychoterapii.  Marek się śmieje „ W czym ty Iza nie byłabyś dobra?”

To co cię trzyma w zawodzie aktora?
Ludzie i przygody. Jeśli przygoda jest podniecająca, albo przynajmniej fajna i do tego z ludźmi, których lubię, to nie ma nic lepszego.

To widać we „Wstydzie". Wasze zgranie i to, że w pracy dobrze się bawicie. Sądząc po reakcjach publiczności ludzie też to czują i bardzo cenią.
Uwielbiam grać "Wstyd" w Teatrze Współczesnym w Warszawie. To wyjątkowe spotkanie pod każdym względem i poza tym, że bilety wyprzedają się szybko, to w dodatku lubimy ze sobą być. Z Agnieszka Suchorą i Jackiem Braciakiem przyjaźnimy się od lat. Ekipa Teatru Współczesnego jest wspaniała. Czego chcieć więcej? 

A jak znosisz upływ czasu? Na ile trudniej starzeje się aktorka?
Aktorka jest kobietą, a kobiety się starzeją. Tu filozofii dużej nie ma. Nie ma znaczenia, kim jesteś i co robisz. Przeglądam się w lustrze nie dlatego, że jestem aktorką, ale dlatego że jestem kobietą, która w dzisiejszym świecie opętanym kultem młodości w pewnym wieku staje się niewidzialna. Wkurwiają mnie zmarszczki, które mam na twarzy.  Muszę sobie z tym radzić  jako kobieta, a nie jako aktorka. Kiedyś myślałam, że mam do tego dystans, ale okazuje się, że jednak nie mam. Martwi mnie, że moja skóra się starzeje. 

Naprawdę?
Tak. Niezależnie od tego jaki zawód bym uprawiała i tak miałbym kłopot ze starością. Moja mama zawsze świetnie wyglądała i wciąż wygląda, ale problem starości na pewno ją dotknął choć nie grała w filmach tylko była nauczycielką języka polskiego w Tomaszowie Mazowieckim. To, że problem zmarszczek dotyczy wszystkich jest w pewnym sensie pocieszające.

To jak sobie z nimi  radzisz, bo wbrew temu co mówisz, za dużo ich nie masz. Walczysz?
Robię co mogę, ale tak naprawdę nie ma co mówić o walce, bo jak sam wiesz, wróg jest nie do pokonania i z założenia jesteśmy na przegranej pozycji. Oczywiście są rzeczy, które można by lekko poprawić i całkiem możliwe, że to zrobię za parę lat, ale myślę, że przede wszystkim trzeba o siebie dbać. Ja robię to nieprzerwanie od 19. roku życia, kiedy zaczęłam jeździć do Norwegii, żeby sprzątać u bogatych Norweżek. One często używały superkremów i ja potem, w drodze powrotnej do Polski, kupowałam te same kosmetyki na statku albo na lotnisku. Dlatego bardzo wcześnie zaczęłam używać intensywnych kremów i chyba wyszło mi to na dobre. Poza tym zawsze wierzyłam, że jak kosmetyk jest drogi, to bardziej skuteczny. Mam słabość do luksusu i tego nie zmienię. Zawsze też unikałam słońca. Nie lubiłam siedzieć na plaży, ale nie z tego powodu, że to szkodzi skórze, tylko dlatego, że miałam piegi na ciele i wstydziłam się pokazywać odkryte ramiona. Ćwiczę codziennie. Uważam z jedzeniem. Tyle i aż tyle. Ciężka praca, jednym słowem.

Chciałbym zapytać o posty, które wrzucasz na swojego Instagrama. Możesz zdradzić kim jest Teresa albo Lutka? Gdzie zaczyna się i kończy fikcja literacka?
W tej historii przedstawianej w formie listów na Instagramie są dwie siostry Isabelle i Teresa oraz ciotka Lutka i babcia Aniela. Moja książka „Klara" też  w pewnym sensie  wyrosła  z bloga. Szukam formy dla moich bohaterów i przygód, które mają. Szukam formy, by się wyrazić, bo jak widać to, co robię mi nie wystarcza.  Isabelle to trochę ja, a trochę nie ja, pewnie taka „ja”, którą chciałbym być, a Teresa to moja młodsza siostra, którą kocham, ale która na maksa mnie wkurza i której w rzeczywistości nie mam. W życiu jest inaczej, bo tak naprawdę mam starszą siostrę i to co piszę nie ma nic wspólnego z naszą siostrzaną relacją, co nie zmienia faktu, że pewnie wiele kobiet może w tej historii odnaleźć jakąś cząstkę siebie i swoich relacji z najbliższymi. Swoją matkę, która wszystkiego się boi, babcię która na wszystko stosuje szałwię  i ciotkę, która romansuje i bawi się całe życie, ale kocha najbardziej Cześka. No i wszystkie je łączy to, że są z małego miasta, ale marzenia mają wielkie.

Ważną postacią w twoich Instastories jest Marek, twój partner. Razem tworzycie niezły duet.
Czasami żartuję, że muszę wreszcie wylansować Marka, który zawsze chciał być aktorem, a został lekarzem i dramaturgiem. Robimy krótkie filmy, które mam wrażenie bawią nie tylko nas i przede wszystkim sprawiają nam przyjemność oraz dodają pikanterii w naszym prawie siedemnastoletnim już związku. Na razie nie wykorzystaliśmy w stu procentach naszych możliwości, ale powiem nieskromnie, że hasztagi #maareek i #izamarek to już klasyka Instagrama. Na razie to jest taka miła  przerwa dla wszystkich, bo teraz muszę skupić się nad książką, która miała wyjść w tym roku, ale przez pandemię przeniosłam jej premierę na przyszły rok. Plan jest taki, że najpierw kończę drugą część „Klary", a potem przyjdzie czas na Lutkę, Anielę i Teresę. 

Zdradzisz jaką jesteś pisarką? Piszesz codziennie?
To, że napisanie drugiej części "Klary" zajęło mi w sumie aż 10 lat chyba mówi samo za siebie. Bycie zawodowym pisarzem to  ciężka praca i pełna dyscyplina. Musisz temu poświęcić czas, bo przecież samo się nie napisze. Dobrym przykładem jest mój Marek, który pisze tak naprawdę nieustannie z przerwami na pracę w szpitalu i sen. I dlatego odnosi sukces. Jego sztuki grane są w całej Polsce. Ale on pracuje cały czas. Ja bym tak nie mogła, bo mam za dużo rzeczy na głowie. Dopiero całkiem niedawno nauczyłam się, że jak już coś zaczęłam to muszę to dokończyć i staram się przestrzegać higieny pracy, czyli pisać rano od szóstej do dziesiątej, oczywiście z przerwami na kawę z Markiem. Nie zawsze mi to wychodzi, ale staram się. Pisaniu trzeba się poświęcić, to wymaga ogromnej dyscypliny i trzeba w tym czasie wszystko podporządkować tylko temu. I tu jest kłopot, bo ja niestety wszystko co robię podporządkowuję sobie. 

ROZMAWIAŁ: Tomek Kocewiak