Dr n. med. Monika Lelonkiewicz jest ambasadorką Fillmed Polska, specjalistą dermatologiem oraz lekarzem medycyny estetycznej. Absolwentka Akademii Medycznej we Wrocławiu, II stopień specjalizacji w dermatologii i wenerologii otrzymała w 2003 r., a w 2016 roku uzyskała tytuł doktora nauk medycznych na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Zawodowo związana z Centrum Dermatologii Zabiegowej i Laserowej „Uroda" we Wrocławiu, jest twórczynią pierwszej w Polsce techniki Hydrolift wykorzystującej nici hialuronowe, a także innych, unikalnych, nieoperacyjnych metod regeneracji skóry i odmładzania twarzy. Promotorka naturalnego wyglądu opartego na mało inwazyjnych i nie zmieniających rysów twarzy zabiegach w stylu French Touch. Międzynarodowy trener MasterClass oraz szkoleniowiec w zakresie zaawansowanych technik dermatologii estetycznej. Na swoim koncie posiada wiele wystąpień na prestiżowych, światowych i krajowych zjazdach oraz konferencjach naukowych, a także publikacje w czasopismach lekarskich i kosmetologicznych.
Dlaczego wybrałaś zawód lekarza?
To przyszło jakoś naturalnie, bo pochodzę z rodziny lekarskiej i chyba nie brałam innej opcji pod uwagę. Może właśnie dlatego, że mój tata był lekarzem internistą na medycynie bardzo podobała mi się interna, ale także dermatologia. Na studiach chodziłam też na różne kółka chirurgiczne, bo od zawsze ciągnęło mnie w stronę zabiegówki. Koniec końców zrobiłam specjalizację z dermatologii zabiegowej, a później odkryłam i pokochałam medycynę estetyczną.
Na studiach nie myślałaś o chirurgii?
Nie, bo od początku chciałam robić niewielkie, mało inwazyjne zabiegi, a nie stać przez kilka godzin przy stole operacyjnym. Poza tym już wtedy, bardzo ceniłam sobie własną niezależność i chciałam realizować się także poza pracą, a nie spędzać całego życia w szpitalu. Kobieta ma w życiu też wiele innych, bardzo ważnych zadań do wykonania i ja między innymi chciałam być dobrą mamą. W zawodzie lekarza wybrałam to co mnie pasjonowało, ale nie sprawiało, że po pracy byłam strasznie zmęczona i nie miałam już sił na nic więcej.
Jesteś autorką bardzo znanej w Polsce techniki nici hialuronowych. Skąd pomysł na ten zabieg?
Ta dermatologiczna technika odmładzania twarzy rzeczywiście bardzo dobrze się u nas przyjęła, ale myślę, że po części wynika to z faktu, że w 2011 roku kiedy zastrzegłam nazwę Hydrolift, nie było w Polsce zabiegów tego typu. Nici hialuronowe pozwalały jednocześnie odbudować skórę, podnieść opadające policzki i zlikwidować tzw. chomiki, ale bez podawania zbyt dużych ilości wypełniacza. Muszę powiedzieć, że do dzisiaj przyjeżdżają do mnie pacjenci z całej Polski na wszystkie nici, bo myślą, że jestem ekspertką w ich zakładaniu. Owszem, jestem w tym całkiem niezła, ale oczywiście wykonuję także wiele innych, doskonałych zabiegów z zakresu medycyny estetycznej.
Masz takie, które lubisz najbardziej?
Uwielbiam zabiegi odbudowujące skórę, poza tym dużo satysfakcji daje mi modelowanie rysów twarzy i odtwarzanie w niej tego, co z wiekiem uległo zmianie. Uwielbiam wypełniać też usta, bo to taki fajny, seksowny element w twarzy i przyjemnie jest go dobrać do typu urody. Pacjentki też bardzo lubią ten zabieg i potem z zachwytem oglądają swoje nowe usta, a to poprawia im humor i dodaje pewności siebie. Zresztą to nie dotyczy tylko kobiet, bo mężczyźni też chcą mieć ładne usta. To bardzo ważny element twarzy, dodający niezwykłej urody albo bardzo szpecący — zależy co i kto z nimi zrobi.
Masz dużo wiernych pacjentek, które wracają do ciebie na zabiegi?
O tak i zdarza się, że niektóre z nich przynoszą mi nawet prezenty na nasze okrągłe rocznice, czyli piętnastolecie, a czasami nawet dwudziestolecie współpracy. Bywa, że z tej okazji dostaję szampana, którego uwielbiam i którego kochała też Marilyn Monroe, bo moje pacjentki wiedzą, że jestem jej wielką fanką. Może nie taką, która zna wszystkie szczegóły z jej życia, ale taką, która bardzo podziwia jej talent aktorski i uwielbia oglądać filmy w których zagrała.
Czym zauroczyła cię Marilyn? Ja też ją uwielbiam!
Tym, że była wybitną aktorką, ale nie sposobem w jaki żyła, bo z zasady nie lubię wnikać w cudze życie osobiste. Marilyn Monroe była tak wyjątkową osobowością artystyczną, że do dzisiaj trudno od niej oderwać wzrok na ekranie. Zachwyca mnie jej delikatność i niezwykła subtelność. A poza tym, w życiu chyba najbardziej cenię sobie ludzi, którzy mają odwagę przyznać się do swoich słabości i umieją popełniać błędy. To dla mnie bardzo ludzkie i wzruszające, zwłaszcza w czasach kiedy wszyscy tak bardzo dążą do doskonałości. A przecież człowiek nie jest idealny i to jest w nim piękne. Marilyn była właśnie taka, czasem trochę zagubiona i nieporadna, ale przez to urocza i uwielbiana przez wszystkich.
Czyli nie jesteś perfekcjonistką?
W życiu trzeba znaleźć złoty środek i owszem dążę do perfekcji, ale przede wszystkim w pracy i może czasami w domu. Uwielbiam nurkować i dzięki tej pasji poznałam bardzo ciekawych ludzi, którzy żyją z dnia na dzień, nie myślą o jutrze i są naprawdę szczęśliwi. Spotykam ich co jakiś czas na wyjazdach nurkowych w różnych miejscach na świecie i myślę sobie, że czasem fajnie byłoby tak pożyć na luzie, mieć wszystko w nosie i nie martwić się ani emeryturą, ani tym co będzie za kolejne pięć lat. Nurkowanie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać jak chciałbym żyć i co jest dla mnie najważniejsze. Dzisiaj wiem, że potrzebuję równowagi, czyli na co dzień jestem bardziej serio, a czasami robię coś tylko dla siebie i staram się realizować swoje marzenia.
Skąd pomysł na nurkowanie? Dlaczego tak polubiłaś ten sport?
Nigdy nie przypuszczałam, że będę nurkować i na pewno nie miałam tego w planach. Kiedyś z moją starszą córką poleciałyśmy do Egiptu na krótkie wakacje i to ona namówiła mnie na nurkowanie, bo sama bardzo chciała tego spróbować. Szalenie mi się to spodobało i efekt jest taki, że ja nurkuję, a ona nie. Ludzie schodzą pod wodę z kilku powodów. Są tacy, którzy interesują się fotografią podwodną albo obserwowaniem zwierząt, inni kręcą filmy albo jeżdżą skuterami. Ja dzięki nurkowaniu odkryłam stan nieważkości, który jak się okazało, kocham nad życie i stąd wiem, że w przestrzeni kosmicznej czułabym się najlepiej! Bardzo mnie to relaksuje i uwielbiam ten moment, kiedy mogę się unosić w przestrzeni. Poza tym nurkowanie to także silne emocje. Już samo wejście pod wodę jest niesamowite, bo przecież my nie oddychamy pod wodą w naturalny sposób. Poza tym nurkowanie to dla mnie wyjątkowi ludzie i podczas tych wyjazdów poznałam bardzo wiele ciekawych osób, w tym moich bardzo bliskich przyjaciół.
Czyli pod wodą najbardziej lubisz się unosić?
Tak. Głównie się unoszę w stanie nieważkości, a czasami trochę płynę z prądem lub pod prąd. Ale nie tylko, bo bardzo kocham zwierzęta morskie i niektóre z nich uwielbiam obserwować w naturalnym środowisku. Tak naprawdę każda podróż, którą planuję, jest w 99 procentach związana z nurkowaniem w danym miejscu i sprawdzam co fajnego można tam zobaczyć. To może być na przykład pływanie łodzią śladami wielorybów. Kiedyś wylądowałam w Australii u koleżanki i z dziećmi jeździliśmy po całym zachodnim wybrzeżu, od miasta do miasta, żeby wreszcie je zobaczyć. Ale mieliśmy pecha, bo wieloryby wciąż nam uciekały albo na miejscu okazywało się, że właśnie odpłynęły. I w sumie, w momencie w którym straciłam już nadzieję, udało nam się je namierzyć i zobaczyć z niewielkiej odległości. Później widziałam je wielokrotnie w Meksyku i na Islandii. To była świetna zabawa i naprawdę wyjątkowe emocje, bo przypadkowo byłam nawet świadkiem walki dwóch samców o samicę. To było fantastyczne! To wspomnienia których nikt mi nie zabierze. Myślę, że bardzo fajnie mieć taką pasję, bo dzięki temu życie jest jak fascynująca książka przygodowa i ma się wiele przygód do opowiedzenia.
Jakie zwierzęta oprócz wielorybów lubisz obserwować w naturze?
Na pewno marzyłam o spotkaniu z rekinem wielorybim, którego szukałam przez wiele lat. To największa ryba na świcie i mimo swojej nazwy bardzo łagodna, bo żywi się wyłącznie planktonem. Miałam takiego pecha, że jak byłam w jednym miejscu, to on akurat był w innym i jakoś nie mogliśmy się spotkać. Kiedyś na jednym z wyjazdów nurkowych poznałam Dunkę, starszą panią po siedemdziesiątce, która z kolei miała obsesję na punkcie manty. I tak się jakoś w jej życiu układało, że ta manta zawsze jej uciekała. I pamiętam, że ona tak strasznie płakała, że przez tyle lat nie udało jej się spotkać tej ryby. Wtedy sobie pomyślałam, że zrobię wszystko, żeby tego rekina zobaczyć, bo w przeciwnym razie będę rozpaczać tak samo jak ona. I któregoś lata pojechałam do Meksyku na Jukatan, gdzie wynajęliśmy łódkę i razem z dziećmi widzieliśmy setki rekinów wielorybich z którymi można było pływać i nurkować! Wtedy to ja też się popłakałam, ale ze szczęścia, że mi się wreszcie udało! W życiu naprawdę warto podążać za swoimi marzeniami.
A gdybyś miała wybrać najpiękniejsze miejsce w którym byłaś?
Chyba niewielka wyspa Sipadan w Malezji, na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy Borneo, gdzie jest ogromna ilość zwierząt morskich, które można zobaczyć w jednym miejscu. Na tej wyspie jest wiele hoteli w których nurkowie czekają czasami wiele dni, żeby zejść pod wodę, bo Sipadan jest Parkiem Narodowym i dziennie może tam zanurkować tylko 120 osób. Ale jak się okazało, można też zamieszkać na statku safari i nurkować prawie bez ograniczeń. Dzięki temu spędziłam aż trzy dni pod wodą! Widziałam rekiny, manty i całe ławice drapieżnych barakud, których nawet trochę się bałam.
Ile razy w ciągu roku musisz wyjechać na nurkowanie, żeby nie zwariować?
Najchętniej spędzałabym w ten sposób każde pół roku, ale to trudne do zrealizowania. Kiedyś jeździłam regularnie, co dwa miesiące, przynajmniej na tydzień. Na pewno bardzo za tym tęsknię, bo to moja prawdziwa pasja albo już uzależnienie...
To jak zniosłaś pandemię i przymusowe siedzenie w domu?
Miałam długą przerwę, ale już we wrześniu nie wytrzymałam i wybrałam się w taką podróż za jeden uśmiech, przez Berlin i Istambuł do Szarm el-Szejk. Podróżowanie w pandemii na pewno było stresujące i w sumie mało przyjemne, ale jak wróciłam do Polski to miałam poczucie satysfakcji, że jednak mi się udało. Pandemia w Polsce zaczęła się kiedy byłam w Brazylii i potem po przylocie musiałam przejść kwarantannę. Zresztą, byłam prawie pewna, że zaraziłam się w samolocie, ale okazało, że jednak nie zachorowałam. Po kwarantannie od razu wróciłam do pracy, bo uważałam, że jestem lekarzem i szczególnie w takiej sytuacji muszę pracować. To była bardzo dobra decyzja. Wielu moich stałych pacjentów zostało bez możliwości umówienia się na zwykłą wizytę lekarską i kiedy tylko prosili mnie o pomoc, to zdalnie wypisywałam im recepty na przeróżne choroby. Czasem czułam się trochę jak serialowa Doktor Quinn, zwłaszcza kiedy leczyłam zapalenie ucha, ale jestem nauczona, że lekarz zawsze powinien stać przy pacjencie i moje dzieci też są tak wychowane. Moja córka Basia, która robi specjalizację z laryngologii, w tym czasie pracowała na oddziale covidowym w szpitalu, a Zosia, która jeszcze studiuje medycynę, poszła pomagać pielęgniarkom, też do szptala covidowego. Oczywiście na początku trochę się bałam, ale teraz jestem z nich bardzo dumna! Uważam, że zawód lekarza ma swoje plusy i minusy, ale zawsze trzeba stanąć na wysokości zadania.
Czy oprócz nurkowania masz w życiu jeszcze jakieś pasje?
Uwielbiam podróżować i doświadczać różnych rzeczy w życiu. Na pewno lubię pokonywać własne ograniczenia, wychodzić poza strefę komfortu i sprawdzać co się za nią kryje. Jest takie ładne powiedzenie, że tam gdzie pojawia się lęk, tam Bóg szykuje dla nas coś najwspanialszego. I chyba rzeczywście tak jest, bo za każdym razem kiedy tak zrobiłam, to potem czułam się silniejsza i szczęśliwsza. Tak było z wyjazdem do Portugali. Okazało się, że nikt nie chciał ze mną pojechać do Lizbony i pierwszy raz w życiu poleciałam sama. Już na miejscu byłam tak zachwycona miastem i jego energią, że płakałam ze szczęścia. Wzruszyłam się tak bardzo także dlatego, że to miasto bardzo chciał zobaczyć mój tata, ale nigdy nie udało mu się tam dotrzeć. To był wspaniały tydzień! Poznałam wiele wyjątkowych osób i pokochałam ten kraj wyjątkowo twórczych ludzi. W Polsce mówi się, że mężczyzna powinien zbudować dom, spłodzić syna i zasadzić drzewo. Portugalczyk powinien zasadzić drzewo, spłodzić syna i napisać książkę. Czyż to nie wspaniałe? To jedyne miejsce na ziemi gdzie poznałam taksówkarza, który jest śpiewakiem fado, a w hotelu recepcjonistę-aktora, który zaprosił mnie do teatru na swoje przedstawienie. Od tamtego czasu bardzo lubię podróżować sama. Człowiek jest wtedy bardziej uważny i otwarty na innych ludzi. A ja bardzo lubię poznawać nowe osoby, zwłaszcza z różnych środowisk o nieco odmiennym sposobie myślenia, bo to jest bardzo wzbogacające. A w życiu chyba właśnie rozwój jest najważniejszy, bo bez tego człowiek szybko staje się zgredem. Poza tym kiedyś jedna z moich pacjentek, starsza już pani, powiedziała: „Jak człowiek jest stary to czasem lubi sobie tak usiąść, zamknąć oczy i powspominać. A pani ma co wspominać?" Piękne co? To jakoś we mnie zostało i od tamtej pory staram się żyć w taki sposób, żeby później mieć co wspominać.
ROZMAWIAŁ Tomek Kocewiak
