Dr Robert Chmielewski jest ambasadorem Fillmed Laboratoires w Polsce oraz członkiem Fillmed International Expert Board, Aesthetic Multispeciality Society International, a także Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti Aging Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Niezwykle charyzmatyczny i bezkompromisowy, ma duszę prawdziwego artysty i jest niezwykle kreatywny, zasłynął w Polsce z autorskich technik odmładzania twarzy i nie tylko. Niewiele osób wie, że od zawsze interesuje się medycyną naturalną i niezwykle bliskie jest mu holistyczne podejście do pacjenta. Najlepiej czuje się we własnym domu, w otoczeniu najbliższych. Pacjenci cenią go za jego wiedzę medyczną i ogromne doświadczenie oraz świetne poczucie humoru i to, że zawsze mogą na niego liczyć.
Jesteś znany z tego, że mówisz co myślisz i wiem, że w środowisku lekarzy masz opinię niepokornego.
Naprawdę? Owszem, przyznaję, że czasami na szkoleniach dla lekarzy brakowało mi dyplomacji i wtedy ktoś mógł się poczuć urażony, ale na pewno nie było to moją intencją. Wynikało to raczej z mojego temperamentu i zadziorności. Jak mnie ktoś sprowokował to czasem stawałem się obcesowy, szczególnie wtedy gdy miałem rację. Zdarzyło mi się nawet w trakcie jednego szkolenia dać po łapach lekarce, która zapomniała o podstawowych zasadach sterylności. Dzisiaj bym już tego nie zrobił. Z wiekiem i z doświadczeniem człowiek nabiera pokory i staje się bardziej wyrozumiały.
Często mówi się o tobie, że jesteś bardzo medialny i masz łatwość przekazywania wiedzy innym lekarzom.
Potraktuję to jako komplement. Po prostu znam się na swojej robocie, a to, że umiem prowadzić szkolenia i dobrze się czuję przed kamerą, to w dużej mierze zasługa elitarnej, londyńskiej szkoły Maynard & Leigh w której nauczyłem się sztuki prezentacji i rozwinąłem swoje zdolności komunikacyjne. Na pewno pomaga mi to w dzieleniu się z innymi lekarzami wiedzą medyczną, którą zdobywałem od najlepszych w tej dziedzinie — w Polsce i na świecie.
Skąd medycyna w twoim życiu?
Na pewno bardzo ukształtowało mnie miejsce z którego pochodzę. Urodziłem się na Litwie, w Druskiennikach — pięknym mieście uzdrowiskowym położonym nad Niemnem. Pochodzę z rodziny w której z pokolenia na pokolenie przekazywana była wiedza o naturalnych metodach leczenia i uzdrawiania, które dzisiaj nazwalibyśmy holistycznym podejściem do zdrowia i dobrostanu człowieka. W tym kontekście można chyba powiedzieć, że moją pierwszą nauczycielką tego zawodu była babcia, która potrafiła leczyć rany, zatrucia, czy przeziębienia. Tak to się zaczęło.
To rzadkość, bo z moich obserwacji wynika, że lekarze nie cenią medycyny naturalnej i mają do niej lekceważący stosunek.
Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Kiedy mówimy o leczeniu człowieka to myślę, że warto korzystać ze wszystkich dostępnych metod, żeby przywrócić mu zdrowie i dobre samopoczucie. Oczywiście teraz to się zmienia, ale kiedy w latach 90. przyjechałem do Polski okazało się, że medycyna niekonwencjonalna, było tutaj praktycznie nieznana, a dla mnie takie pojmowanie medycyny zawsze było bardzo naturalne. Jeszcze w czasach licealnych spotkałem na swojej drodze lekarza naturopatę, który studiował w Chinach i nauczył mnie kanonów medycyny dalekowschodniej, akupunktury oraz terapii manualnej i pomógł zrozumieć prawdziwie holistyczne podejście do człowieka, rozumianego jako zrównoważona całość. Potem na studiach zawsze interesowało mnie to co wspólne dla obu tych dziedzin, dlatego równolegle z medycyną akademicką pogłębiałem swoją wiedzę z zakresu terapii manualnej i akupunktury. Odkryłem też chirurgię, która stała się moją prawdziwą pasją.
Dlaczego?
W czasie studiów dość szybko zrozumiałem, że jestem typem zabiegowca i już na pierwszym roku zdarzało mi się stać na hakach na bloku operacyjnym, a na trzecim robiłem małe zabiegi z zakresu mikrochirurgii. W dużej mierze wynikało to z mojej sprawności manualnej i faktu, że skończyłem szkołę muzyczną w klasie fortepianu.
Jak to się stało, że nie zostałeś pianistą?
Jeszcze w połowie nauki miałem takie marzenia, ale potem zrozumiałem, że jestem zbyt leniwy, żeby odnieść prawdziwy sukces w muzyce.
Za mało ćwiczyłeś?
Odpowiem w ten sposób — wystarczająco dużo, żeby mieć same piątki, ale za mało, żeby zostać wirtuozem.
Co ci dało wykształcenie muzyczne?
Zostałem wychowany w kulcie Bacha i polifonii, a żeby dobrze zagrać fugę musisz mieć przede wszystkim dobrą pamięć, wyobraźnię przestrzenną i dużą podzielność uwagi. Jeżeli nie słyszysz kilku linii melodycznych na raz, to nic z tego nie będzie. Myślę że ta umiejętność została mi do dzisiaj i na pewno przekłada się na to jak postrzegam rzeczywistość i pomaga mi w pracy.
Dużo pracujesz. Masz jakieś sposoby, żeby się zresetować i zapomnieć o pacjentach.
Ale ja nigdy nie przestaję być lekarzem. Moi pacjenci znają mój numer telefonu i wiedzą, że jeżeli mają jakiekolwiek wątpliwości to mogą zawsze zadzwonić. Dzięki temu czują się zaopieowani, a ja w razie czego mam szansę szybko wyłapać jakieś powikłanie pozabiegowe i odpowiednio zareagować.
Wiem, że twoją pasją jest malowanie obrazów. Kiedy znajdujesz na to czas?
Prawda jest taka, że jak mi na czymś zależy, to zawsze znajdę na to czas. Maluję wtedy kiedy mam taką potrzebę i zawsze jest to bardzo spontaniczne. To może być środek nocy albo wczesny świt. Nie traktuję tego jako kolejnego zadania do wykonania, bo nie jestem profesjonalnym malarzem, który musi to robić na co dzień. To jest moja odskocznia i fajny sposób na eksplorowanie własnej kreatywności.
A gdybym cię zapytał czym jest dla ciebie szczęście?
Na pewno jestem w tej dobrej sytuacji, że robię w życiu to co bardzo lubię i jeszcze mi za to płacą, ale jednocześnie pieniądze nie są dla mnie wartością nadrzędną w życiu. Na pewno najważniejsza jest rodzina, zdrowie i przyjaciele.
W tej kolejności?
Tak, zdecydowanie. Jako ojciec cieszę się, że nasze dzieci mają z nami bardzo dobry kontakt i wciąż chcą wracać do naszego domu.Jesteśmy bardzo rodzinni i łączy mnie bardzo silna więź z żoną i dwójką moich dzieci — Krysią, która mieszka w Newark w Anglii i Emilem, który de facto jest szefem Prime Clinic.
Tak bliska relacja ojciec-syn ułatwia, czy utrudnia wspólną pracę?
Na pewno jej podstawą jest bezgraniczne zaufanie i myślę, że świetnie nam się razem pracuje. Poza tym mój syn jest naprawdę wyjątkowy i wiele się od niego uczę. Na przykład wyrozumiałości. Ja jestem w gorącej wodzie kąpany i wielokrotnie zdarzało mi się powiedzieć coś, czego później żałowałem. Emil jest zdecydowanie inny. Bardziej stonowany i tolerancyjny. Nie ma dla niego złych ludzi.
Masz takie miejsce gdzie odpoczywasz i ładujesz baterie?
Oczywiście lubię słońce i ciepłą wodę, ale najlepiej odpoczywam we własnym domu — to jest moja twierdza. Cudowne miejsce blisko natury, w lasach sosnowych, które przypominają mi dzieciństwo na Litwie. Jednocześnie wiem, że moglibyśmy mieszkać wszędzie na świecie, bo tak naprawdę tam gdzie rodzina, tam jest mój dom w którym czuję się naprawdę szczęśliwy.
ROZMAWIAŁ Tomek Kocewiak
